Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Angielska Gorączka

Szyper żaglowca płynącego w sierpniu 1529 roku z Londynu do Gdańska bardzo się spieszył, żeby zdążyć na coroczny Jarmark Dominikański. Pośpiech był bardzo wskazany, gdyż część czasu zabrało mu zawinięcie po drodze do Lubeki, gdzie załadował lüneburską sól, wypełniając do pełna ładownie, w których znajdowały się już postawy angielskiego sukna. Wprawdzie dzięki sprzyjającym wiatrom zdążył na ostatnie dni jarmarkowego handlowania, ale nieświadomie stał się posłańcem piekieł. Mianowicie przywlókł na statku zarazki groźnej, nieznanej dotąd w Gdańsku choroby epidemiologicznej, zwanej "Gorączką Angielską" lub "Angielskimi Potami". Choroba atakowała błyskawicznie. Po wystąpieniu objawów w postaci bardzo wysokiej temperatury ciała oraz obfitych potów, śmierć zarażonego osobnika następowała w ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin. Jakakolwiek pomoc była niemożliwa, gdyż dotknięty zarazą wpadał w stany depresyjno-lękowe, powodujące zanik naturalnej ochoty do życia. Między początkiem września a końcem listopada zmarło w mieście 6 tysięcy gdańszczan. Umierali tak szybko, że grabarze nie nadążali grzebać ich ciał. Wprawdzie domy, gdzie leżały zwłoki oznaczone były białym krzyżem św. Andrzeja lub białą płachtą wywieszoną na szczycie budynku, niewielka liczba chętnych do pełnienia tego zajęcia powodowała, że ciała czekały nawet tydzień na pochowanie.(Edykty wydawane przez Radę nakazywały w takim przypadku grzebanie zmarłych w ciągu jednego dnia). Zbiorowe pochówki odbywały się bez zachowania zwykłej ceremonii, gdyż po dotarciu wozów przewożących zmarłych w pobliże Grodziska, zwłoki trafiały do wykopanych na poczekaniu masowych grobów. Pospiesznej eksportacji nie towarzyszył duchowny, jak i nikt z najbliższej rodziny zmarłego, gdyż wszyscy obawiali się zarażenia. Być może po wygaśnięciu ogniska "Angielskiej Gorączki" władze miasta przeszłyby do porządku dziennego nad doznanym nieszczęściem, tradycyjnie uważając je za "karę bożą", gdyby nie śmierć burmistrza (Mattisa Lange), dwóch rajców i jednego ławnika. Co najbardziej zaskakujące, cała czwórka zmarła tego samego dnia - 5.IX.1529 roku. Niespotykana tragedia spowodowała energiczne działanie pozostałych przy życiu włodarzy miasta, skutkujące powołaniem do życia instytucji medyka miejskiego, placówki opłacanej z miejskiej kasy, która miała odtąd dbać o bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców Gdańska.