Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Bocianie Gniazdo

Jedynym gdyńskim gospodarzem, który pieczętował się szlacheckim klejnotem był Augustyn Grubba. Pochodził ze starego pomorskiego rodu osiadłego w Kamieniu niedaleko Wejherowa. Pod koniec XIX wieku sprzedał swoją ojcowiznę i przybył nad morze, gdzie kupił niewielkie gospodarstwo rolne. Przełomowym momentem w jego życiu był dzień, kiedy zdobył serce i rękę młodej wdowy - Anny Skwiercz. Przyłączając posiadłości żony do swoich nieruchomości, staje się właścicielem największego gdyńskiego majątku, liczącego około 100 hektarów. Ponieważ większość jego włości położone było wzdłuż torów kolejowych, ciągnąc się wąskim pasem od Grabówka do Wzgórza św. Maksymiliana, więc siedlisko rodzinne zakłada naprzeciwko gdyńskiego przystanku kolejowego  (obecnie Starowiejska 58), gdzie buduje okazały dom oraz obiekty inwentarskie. Raz w roku, najczęściej na początku kwietnia obejście Grubby cieszyło się szczególnym zainteresowaniem mieszkańców Gdyni. Wszyscy wpatrywali się w niebo, aby nie przegapić momentu, kiedy do gniazda mieszczącego się na stodole pana Augustyna wracała para bocianów. Był to dzień radosny, bo w powszechnym przekonaniu mieszkańców wioski właśnie wtedy zaczynała się wiosna. Minęły lata. Gdynia stała się miastem, ale dawny zwyczaj obowiązywał nadal. Przy czym obowiązek poinformowania gdynian o nadejściu wiosny wzięły na siebie lokalne gazety.
Np. "Dziennik Gdyński" z 11.IV. 1929 r. informował: "Wiosna już nadeszła skoro w dniu wczorajszym przyleciały do naszego miasta po raz pierwszy bociany i usadowiły się znowu na swym ulubionym gnieździe znajdującym się na dachu stodoły p. Grubby".