Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Kwiatowe Corso

Ukoronowaniem przedwojennego sopockiego lata był tzw. Tydzień Sportu. Odbywał się w trzeciej dekadzie lipca, a każdy dzień poświęcony był innej dyscyplinie. Wysoką frekwencją cieszyły się zarówno regaty żeglarskie jak i turnieje tenisowe. Niewiele mniej osób uczestniczyło w wyścigach pływackich czy zawodach hippicznych. W niedzielę, która kończyła tydzień sportowych zmagań, miała miejsce wielka parada pojazdów. Brały w niej udział: samochody, konne wozy, wózki dziecięce, furmanki, dorożki i wszystko to, co porusza się na kołach. Obowiązywała jedna zasada. Każdy wehikuł musiał być przystrojony kwiatami. Najczęściej sięgano po margaretki, petunie, lwie paszcze oraz bratki. Najzamożniejsi, chcąc przypodobać się sopockiej gawiedzi, sprowadzali z Holandii specjalne odmiany róż w rzadko spotykanych kolorach. Rajd rozpoczynał się pod Łysą Górą i po przemierzeniu głównych ulic Sopotu docierał do mety znajdującej się przy Placu Mancowym. Kawalkadę pojazdów otwierał wóz strażacki z orkiestrą umieszczoną na drewnianej platformie, a tuż za nim, w fantazyjnie przybranym kabriolecie jechała najładniejsza sopocka dziewczyna. Powszechną uwagę, szczególnie panów, przyciągał najnowszy model mercedesa należący do właściciela pruszczańskiej cukrowni. Natomiast wszyscy obserwatorzy kwiatowego corsa czekali z niecierpliwością na ostatniego uczestnika, którym nieodmiennie był mały chłopiec przebrany za sopockiego burmistrza. Poruszał się dziecinnym wózkiem ciągnionym przez przyodzianego w kolorowe wstążki osiołka. Po błyskawicznie ogłoszonym werdykcie, wszyscy uczestnicy z triumfatorem na czele udawali się na Skwer Kuracyjny, gdzie wspólnie bawili się do rana.