Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Ladacznice i Kurtyzany

Już w średniowieczu Gdańsk należał do największych ośrodków portowych znajdujących się w basenie Morza Bałtyckiego. W każdym sezonie żeglugowym, trwającym od 22 lutego do 11 listopada, do nadmotławskiej przystani zawijało kilkaset statków. Na każdym z nich znajdowała się licząca kilkadziesiąt osób załoga, w skład której, wchodzili marynarze różnych nacji i temperamentów. Stanowili nie tylko barwną mozaikę etniczną i narodowościową, ale tworzyli także zespół ludzi odważnych i gwałtownych. Każde zawinięcie do portu - także gdańskiego - kończyło kolejny rejs, pełen zmagań z przeciwnościami natury. Zamykał się wtedy pewien rozdział w życiu marynarzy, na który składało się: podłe jedzenie, ciężka i monotonna praca oraz pobyt w ciasnej i smrodliwej przestrzeni średniowiecznych żaglowców. Natomiast zacumowanie statku przy bezpiecznym nabrzeżu, stwarzało okazję do swobodnego korzystania ze wszystkich uroków portowego miasta. Szczególnie wtedy, gdy w mieszku znajdowały się srebrne szelągi, zarobione ciężką pracą na morzu. Oprócz niezliczonych tawern, karczem, szynków i gospód, na ludzi morza czekały również miejsca, gdzie można było zaznać cielesnych rozkoszy. Władze Gdańska zdając sobie sprawę, że w portowym mieście muszą istnieć lupanary, już na początku XV wieku wskazały miejsca, gdzie takie domy rozpusty mogą powstać. Zlokalizowano je w najmniej eksponowanych punktach miasta, w pobliżu murów obronnych - przy ulicach: Różanej i Zbytki. Jednocześnie zadbano o to, aby spragnieni płatnej miłości mogli dostać się do miasta także w nocy, gdyż bramy znajdujące się w pobliżu zamtuzów (Zamkowa i Żabia) miały specjalne furty czynne - na żądanie i za opłatą - w porze nocnej. Kres legalnemu funkcjonowaniu domów publicznych położyła Reformacja, uzasadniając to zasadami protestanckiej moralności. Już w drugiej połowie XVI wieku, idąc za przykładem Lubeki i Hamburga, luterańska Rada Gdańska postanowiła zamknąć miejskie zamtuzy i lupanary, co wcale nie było równoznaczne z całkowitą likwidacją nierządu. Panie reprezentujące najstarszą profesję świata przeniosły się do "podziemia", świadcząc swoje usługi w innych punktach miasta, najczęściej zlokalizowanych się na obrzeżach Gdańska.