Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Magna Porta

W podwójnym pierścieniu murów obronnych zapewniających bezpieczeństwo oliwskim zakonnikom, znajdowały się dwie bramy. Północna - zlokalizowana w pobliżu kościoła św. Jakuba - pełniła rolę przejazdu gospodarczego - oraz południowa, przez którą odbywał się główny wjazd do siedziby klasztoru. Ta ostatnia nazywana Magna Porta (Wielka Brama) istniała dowodnie już w średniowieczu, a najstarsze fragmenty, jakie zachowały się do naszych czasów, pochodzą z XIV wieku (wschodni szczyt). Po przebudowie w XVI wieku zaczęto używać nowej nazwy - Dom Bramny, a w powstałych wówczas pomieszczeniach ulokowano kaplicę pod wezwaniem św. Bernarda. Natomiast od 1709 r. nosiła ona miano Domu Zarazy, która to nazwa miała przypominać tragiczne wydarzenia związane z epidemią dżumy . Ówczesny opat - Kazimierz Dąbrowski - chcąc zapobiec przeniknięciu "morowego powietrza" w obręb klauzury, całkowicie odizolował klasztor od świata zewnętrznego. Wypełnianiem obowiązków duszpasterskich wobec okolicznych mieszkańców zajęli się losowo wybrani mnisi, samotnie sprawujący posługę kapłańską w kaplicy bramnej. Pierwszą czynnością, od której delegowany zakonnik rozpoczynał każdy dzień było rozpalenie ognia, gdyż dym z komina sygnalizował konfratrom zdolność do dalszego pełnienia służby. Po śmierci pierwszego, jego miejsce zajmował następny, a swoją "bożą służbę" rozpoczynał od pochowania poprzednika. W ciągu kilku miesięcy występowania epidemi życie straciło dziewięciu cystersów. Całkowite oddanie się służbie bliźniemu nie poszło jednak na marne, gdyż zastosowane środki ostrożności przyniosły pożądany efekt. Nikt więcej w klasztorze nie umarł.