Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Rozbity Bank

Sopockie lato 1928 roku było bardzo kapryśne. Dni słoneczne i ciepłe przeplatały się z pochmurnymi i deszczowymi. Niestety tych ostatnich było zdecydowanie więcej. W czasie słoty nie tylko dzieci się nudzą, dorośli także, więc kawiarnie i restauracje "pękały w szwach" od nadmiaru gości. Prawdziwe oblężenie przeżywały również najbardziej wytworne i najdroższe lokale, takie jak: Złoto Renu, Indra, Kakadu oraz Regina Palace, gdzie na wolny stolik trzeba było czekać nawet godzinę. Tłoczno było również w kasynie, którego podwoje mógł przekroczyć każdy, kto ukończył 21 lat - co sprawdzano bardzo skrupulatnie. Potencjalny gracz nie musiał być specjalnie zamożny, gdyż jednorazowa karta wstępu kosztowała zaledwie 3 guldeny a minimalna stawka, przy której można było rozpocząć grę 2 guldeny. Wśród rozgorączkowanych graczy oblegających Błękitną Salę wieczorem 30 lipca, znalazł się inżynier Gliński z Warszawy. Po kilku kwadransach oczekiwania, zasiadł wreszcie przy kole ruletki. Numery, które obstawiał były zupełnie przypadkowe. Nieprawdopodobne szczęście sprawiło, że kilkanaście razy z rzędu zgarniał całą pulę, a stos kolorowych sztonów wykonanych z miśnieńskiej porcelany urósł przed nim do monstrualnych rozmiarów. W ciągu jednej nocy wygrał 2 miliony guldenów (3,5 mln przedwojennych polskich złotych). Rozbił bank. Ogołocił kasę kasyna do ostatniego feniga. Ponieważ nie chciał kusić losu, "jaskinię hazardu" omijał później z daleka. Wyjeżdżając z kurortu przekazał 100 tys. guldenów dobroczynnym fudacjom, więc kiedy wsiadał do pociągu żegnały go tłumy wdzięcznych sopocian.