Chomiczki

Pochodzenie słowa "chomiczki" jest łatwe do odgadnięcia. Wystarczy przeczytać moje nazwisko. Już od najmłodszych lat zwracano się do mnie "chomik" lub "chomiczek". Tego ostatniego określenia używali koledzy i przyjaciele, uważając że idealnie pasuje do mojej "mikrej" postury.

Pasją, której oddaję się od kilkunastu lat jest poszukiwanie - w dostępnych źródłach - mało znanych wydarzeń, które miały miejsce na Pomorzu. W tym miejscu chciałbym je publikować. Krótkie historyjki, które, jak sądzę, przedstawię w sposób lekki, łatwy i przyjemny, będą dotyczyły zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Będzie tak jak w życiu. Czasami wesoło, czasami smutno.

Poszczególne teksty pogrupowałem w dobranych terytorialnie " szufladkach" w taki sposób, żeby każdy chomiczek został przypiany do miejsca, którego dotyczy.

Życiodajna Woda

Wojny napoleońskie pozostawiły po sobie ogromne zniszczenia widoczne na każdym kroku. Ponieważ horrendalne zadłużenie Gdańska oraz dekoniunktura gospodarcza nie stwarzały odpowiednich warunków do szybkiej odbudowy miejskiej infrastruktury, więc obraz uszkodzonych domów, spalonych spichlerzy oraz zrujnowanych obiektów komunalnych, przez kilkadziesiąt lat dominował w pejzażu miasta. Dopełniemiem fatalnego wizerunku miasta był wygląd i zapach gdańskich ulic, rynsztokami których - tak jak dawniej - płynęły różnorakie nieczystości. Wprawdzie przykrywano je drewnianymi podestami, ale przeraźliwy fetor i tak rozprzestrzeniał się po całej okolicy. Pryzmy domowych odpadków wraz ze zwierzęcym nawozem, składowane na chodnikach, to codzienny obraz Gdańska w pierwszej połowie XIX wieku. Wszystkie te zalegające ulice i podwórka brudy spływały swobodnie do Motławy, po drodze dostając się do miejskich studni. Taki właśnie stan sanitarny powodował cykliczne występowanie licznych chorób epidemiologicznych, takich jak: ospa, tyfus, świerzb czy cholera. Szczególnie niebezpieczna była ta ostatnia, gdyż jej zarazki swobodnie rozprzestrzeniały się w wodzie. Wśród gdańskich lekarzy, bijących na alarm, wyróżniał się Ludwig Albert Lievin. On to z niespotykaną dotąd pasją krzewił podstawowe zasady higieny, kierując swoje przestrogi - poprzez liczne pogadanki i wykłady - głównie do najmłodszych mieszkańców miasta. Od momentu, kiedy został wybrany do miejskiej rady (w 1855 roku) prowadził również akcję uświadamiającą wśród włodarzy miasta. Nieprzerwana i cierpliwa edukacja przyniosła efekty dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy ukazała się jego publikacja wskazująca na ścisły związek między chorobami epidemiologicznymi a stanem sanitarnym miasta. To przeważyło i Gdańsk w końcu zdecydował się na kompleksowe rozwiązanie "śmierdzącego" problemu. Przewidywania doktora Lievina okazały się słuszne, gdyż doprowadzanie z Pręgowa źródlanej wody oraz budowa bezpiecznego systemu usuwania miejskich ścieków spowodowało zmniejszenie się wskaźnika śmiertelności. O ile w roku 1867 na 1 tys mieszkańców przypadało 49,18 zgonów to kilka lat później - po uruchomieniu wodociągów i kanalizacji - liczba zejść śmiertelnych w Gdańsku maleje nieomal dwukrotnie, spadając do poziomu 26,3. Pomimo ogromnych wydatków (645 tysięcy talarów) poniesionych na zrealizowanie całego przedsięwzięcia, profity okazały się niewspółmiernie większe. Odtąd żyło się w Gdańsku zdrowiej, czyściej, wygodniej i co najważniejsze... dłużej.